Strona główna

Unikalne treści, czyli… żegnajcie wyszukiwarki?

2009.11.17 | Tagi: ,

Wiele stron w Internecie jest indeksowanych przez wyszukiwarki dzięki czemu łatwo odnaleźć interesujące nas informacje. A gdyby tak zablokować sieciowe boty i zniknąć z wyników wyszukiwania? Coś w tym stylu wymyślił Rupert Murdoch, właściciel News Corporation.

Tydzień temu można było przeczytać m.in.: „News Corp. willing to make its websites invisible to Google”, „Murdoch – Usuniemy swoje strony z Google!”, „Murdoch idzie na wojnę z Google”. Krótko mówiąc, Murdoch życzyłby sobie, aby odnośniki do stron jego korporacji nie pojawiały się w wynikach Google. Ale czy tylko o to chodzi?

Dopóki Google podaje wszystko za darmo, a oprócz odnośników pokazywany jest fragment informacji nie jest źle. Szczególnie gdy media również, na swoich stronach, publikują treści bez pobierania opłat od czytelników. Ten model, mimo wielu zalet, ma swoje wady („Czy Google powinno zacząć pobierać opłaty?”). Na dodatek wśród pomysłów na funkcjonowanie mediów w sieci pojawiło się płacenie za dostęp do treści („Rupert Murdoch będzie pobierał opłaty za informacje w Internecie”, „Microsoft chce opłat za mobilny MSN”, „Google chce aby w Youtube były filmy do obejrzenia za opłatą?”, „Google chce otworzyć własną bibliotekę dla konkurentów”). To stworzyło nową sytuację, gdyż wyszukiwarki udostępniają za darmo to, za co na stronach wydawców trzeba (lub będzie trzeba) płacić. I nawet jeśli są to tylko fragmenty informacji, zwykłe nagłówki, to zazwyczaj są one wystarczające do powierzchownego zorientowania się w temacie. Wynika to ze specyfiki konstrukcji większości artykułów – pierwszy akapit to, upraszczając, streszczenie sprawy i zachęta do przeczytania dalszej części. W sytuacji, kiedy ilość czasu „spędzanego z informacją” maleje („Jak zmienił się amerykański konsument informacji w ciągu 9 lat?”) już same nagłówki w Google mogą szkodzić wydawcom. Co ciekawe, w pewnym sensie przestaje być to zgodne z ideą wyszukiwarki – nie prowadzi już ona, mimo podania odnośnika, do informacji (pełnej), a staje się jej (fragmentu) dostawcą. W wielu przypadkach wystarczyć może czytelnikowi informacja odczytana z wyników wyszukiwania – o tym i o tym informowała taka to a taka gazeta lub serwis.

Zauważyli ten proces właściciele Google, zauważył także Murdoch – Rupert Murdoch has suggested that News Corporation is likely to make its content unfindable to users on Google when it launches its paid content strategy („Murdoch: We’ll probably remove our sites from Google’s index”). W takiej sytuacji zupełnie zrozumiałe jest oskarżanie najpopularniejszej wyszukiwarki o kradzież treści z wydawnictw News Corporation („Murdoch walczy o opłaty za newsy z jego gazet w Internecie”). Idąc za ciosem, w wywiadzie dla Sky News Australia („News Corp sites may be removed from Google”), Murdoch zapowiedział, że będzie szukał sposobu na usunięcie informacji pochodzących z jego serwisów z wyszukiwarki Google. Nie jest to zresztą, przy pewnych założeniach, jakoś szczególnie skomplikowane („Google to Newspapers: learn how to use Robots.txt”). Dodatkowym motywem do podejmowania działań w kierunku ochrony swoich treści jest wzrost liczby osób skłonnych płacić za dostęp do informacji („Prawie połowa Amerykanów chce płacić za treści w sieci”).

Z pewnością szef News Corp. zdaje sobie sprawę z tego, że dostarczane za opłatą treści muszą być unikalne i wysokiej jakości. I ma tutaj solidne atuty, choćby w postaci „The Wall Street Journal”. Być może chodzi także o swoistą elitaryzację. Na podstawie statystyk swoich serwisów internetowych Murdoch może ocenić nie tylko jaki odsetek ruchu na stronach przypada na dostęp do płatnej treści, ale także jaki udział w tym ruchu mają strony wskazujące (np. właśnie wyszukiwarki). Być może marki poszczególnych tytułów News Corporation są na tyle mocne, że główny ruch – przynoszący zyski z płatnego dostępu – nie pochodzi od Google. Płatny ruch poza wyszukiwarkami mógłby pozwolić także na uzyskanie wyższych zysków z reklam – wiedza o klientach logujących się do serwisu pozwala lepiej sprofilować reklamy, choć może mniej bezczelnie, niż w przypadku niektórych serwisów społecznościowych („Znowu moje imię w reklamie? To staje się nudne…”). Osobną kwestią jest możliwość stworzenia zamkniętej, może nawet eksperckiej, ekskluzywnej społeczności wokół tytułów Murdocha. To kuszące perspektywy, choć żadna z nich nie jest nowinką w Internecie.

2 komentarzy(e) | « Nowszy artykuł | Poprzedni artykuł »

2009.11.17, 09:12
Marek Miller napisał:

O ile o atut, o którym piszesz, czyli WSJ, Murdoch może być spokojny, że bez Google może sobie poradzić, o tyle pozostałe tytuły/kanały dużo czerpią z Googlejuice. Robi burzę w szklance wody. Rupert może pozwolić sobie na taki sposób sondowania opinii, bo zaraz wielu innych media-mogulów podejmie rozmowę. Działanie nastąpi po wysondowaniu nastrojów.

2009.11.18, 14:11
Henryk Jursz napisał:

Tak jak piszesz Marku, to badanie opinii. Szczególnie, że różne badania niezupełnie oddają rzeczywistość a nawet miewają sprzeczne wyniki – dla kontrastu dziś czytałem, że „Reality Check: 80% won’t pay for online content (and the other 20% are probably lying)”. Niewątpliwie segment płatnych treści będzie się rozwijał (bo przecież już istnieje), tak jak segment informacji dostępnych za darmo. Wydaje się mi jednak, że odróżniać je będzie nie cena (lub jej brak) a unikalność i jakość. W pewnych tematach nawet eksperckość.

Skomentuj

Dozwolone tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <cite> <i> <b> <strong>

Komentarze są moderowane. Mile widziane wpisy wnoszące nowe,
ciekawe informacje do tematu lub wskazujące ewentualne błędy merytoryczne.